Witaj w marcu.
To mój pierwszy odcinek w tym roku, choć planowałem, że będzie trzecim.
Wiem, że parę osób czekało na styczniowy materiał, potem lutowy, a teraz wreszcie słyszysz mój głos dopiero w marcu.
Zacznę dziś od autentyczności, bo to właśnie ona jest fundamentem element guru
i to właśnie o niej będzie poniekąd ten odcinek.
Przygotowywałem materiał o wychodzeniu z pętli nowych początków,
o tym, jak przestać ciągle zaczynać od zera.
O tym, jak zbudować trwałą zmianę, zamiast kolejnego słomianego zapału.
Pisałem o neuropsychologii odpoczynku, o presji styczniowych postanowień,
o tym, że nie wszystko musi być nowe, wystarczy, że będzie prawdziwe.
A potem życie postanowiło sprawdzić, czy rzeczywiście rozumiem to o czym piszę.
Ironia sytuacji jest dla mnie oczywista i pewnie już widzisz ją też Ty.
Przygotowuję odcinek o tym, jak nie tkwić w pętli wiecznych restartów,
sam wchodząc w kolejny początek w kolejną próbę zrealizowania planu,
w kolejne "Na pewno wszystko pójdzie zgodnie z harmonogramem."
Ale jest w tym jedna fundamentalna różnica i to właśnie ta różnica jest kluczem do wszystkiego o czym będę dzisiaj rozmawiać.
Ta różnica nazywa się: świadomość.
Zaplanowałem, że styczeń będzie o początku i odbudowie, luty o relacjach i dobrym słowie.
Marzec o wrażliwości i świadomości.
Wszystko miało być ułożone, przemyślane
i wtedy zaczęły się dziać rzeczy, które wymagały ode mnie dokładnie tego, o czym pisałem.
Wielkie zmiany w życiu, przedłużający się proces odbudowy.
Reorganizacja nie tylko projektu, ale całego sposobu funkcjonowania.
Mogłem zrobić jedno z 2:
albo na siłę wciskać w harmonogram, produkować materiały, mimo że wewnętrznie nie byłem gotowy.
Udawać, że wszystko idzie zgodnie z planem, mógłbym nagrać odcinek styczniowy w lutym, udając, że jest styczeń.
Mógłbym.
Zachować pozory...
albo
Mogłem zatrzymać się, spojrzeć sobie w oczy i zadać pytania:
czego naprawdę teraz potrzebuję?
i
czego potrzebuje ten projekt?
Odpowiedź była jasna: autentyczności, prawdziwości, praktykowania tego, co głoszę.
Więc to właśnie robię.
Ten odcinek będzie wyjątkowy.
Połączy w sobie to, co chciałem powiedzieć w styczniu o początku i odbudowie
z tym, co chciałem przekazać w lutym o relacjach i dobrym słowie,
bo okazało się, że tych tematów nie da się rozdzielić,
że są 2 stronami tej samej monety.
Nie da się autentycznie zaczynać od nowa, jeśli nie mamy dobrego słowa dla samego siebie,
nie da się budować zdrowych relacji z innymi, jeśli relacja ze sobą jest pełna krytyki i presji,
nie da się wyjść spętli ciągłych restartów, jeśli nie nauczymy się mówić do siebie językiem współczucia zamiast oskarżeń.
Będzie to odcinek o teorii, która spotkała praktykę,
o koncepcjach psychologicznych, które musiałem przypuścić przez sito własnego życia.
O tym, jak łatwo jest pisać o samowspółczuciu,
a jak trudno jest je praktykować, gdy plan leci w rozsypkę
i będzie to odcinek o tym, że. właśnie to:
ta trudność, to potknięcie, ta nieprzewidywalność życia
jest najprawdziwszym materiałem, z którego możemy się uczyć.
Wraz z marcem Element Guru wraca do regularnego harmonogramu.
Będzie odcinek główny w takiej formie jak widzisz teraz
oraz inne formy, które planuje lub kontynuuje na swoich mediach społecznościowych,
ale z jedną kluczową różnicą wobec moich wcześniejszych planów.
Nie obiecuję, że wszystko pójdzie zgodnie z harmonogramem.
Obiecuję prawdziwość.
Nie obiecuję sobie idealnej wypolerowanej wersji siebie,
obiecuję wersja autentyczną
z procesem z trudnościami, z uczeniem się na żywo,
bo tylko taka wersja jest, koniec końców, warta słuchania.
Tylko taka wersja ma szansę naprawdę komuś pomóc,
więc zapraszam dzisiaj w wyjątkową podróż
przez to, co miało być stycznie mi lutym, ale stało się czymś więcej
przez teorię, która stała się moim życiem.
Przez słowa, które musiałem przekuć w czyny.
W opowieść o tym, jak zaczynać i odbudowywać się naprawdę
nie w teorii a w praktyce.
Nowy rok często witamy mieszanką euforii i niepokoju.
Media społecznościowe zalewa fala postanowień,
fajerwerki rozświetlają niebo,
wszędzie słyszymy hasło "nowy rok - nowy ja",
a potem przychodzi 2 stycznia i okazuje się, że.
jesteśmy dokładnie tacy sami jak 31 grudnia
z tymi samymi myślami, nawykami, problemami
z tym samym bagażem emocjonalnym,
ze wszystkim, co ciągniemy za sobą od lat.
Kalendarzowa zmiana daty nie wymazuje automatycznie naszych dotychczasowych wzorców.
To tylko liczba. Data.
Umowny punkt w nieskończonym kontinuum czasu.
Psychologowie zwracają uwagę na coś, co nazywają "efektem świeżego startu".
Nasza skłonność do podejmowania zmian w symbolicznych momentach przełomu
i to piękne zjawisko, daje nam nadzieję i energię do działania,
ale ma też swoją ciemną stronę.
Bo kiedy wierzymy, że styczeń to magiczny reset,
kiedy nakładamy na siebie presję "nowego ja",
kiedy oczekujemy, że z wybiciem północy staniemy się kimś innym,
w rzeczywistości ustawiamy się na porażkę.
Badania są bezlitosne.
Od 80 do nawet 92% postanowień noworocznych kończy się fiaskiem w ciągu zaledwie pierwszych 2-3 miesięcy.
Norweskie badania obejmujące dane ponad miliona osób pokazało, że
średnio postanowienie noworoczne żyje 66 dni,
tylko średnio 10% ludzi wytrwa w nim przez cały rok.
To nie są liczby do zignorowania.
To nie są statystyki mówiące o słabości charakteru czy braku dyscypliny.
To są dane mówiące o czymś fundamentalnym:
nasze podejście do zmian jest z gruntu błędne.
Ja sam w styczniu czułem tę presję.
Przygotowywałem materiał, który miał być o wyjściu z pętli nowych początków.
Doskonale rozumiałem teorię.
Wiedziałem, co powinienem zrobić i jednocześnie doświadczałem dokładnie tego, o czym pisałem.
Zmiany w życiu osobistym, wydanie książki, choroba i reorganizacja projektów,
poczucie, że grunt usuwa mi się spod nóg i muszę znaleźć nową równowagę.
Mogłem potraktować to jako spadanie w przepaść, poddać się i ponieść porażkę,
traktując ją jako kolejny dowód na to, że "znowu mi nie wyszło".
Jako potwierdzenie, że jestem w tej samej pętli co wszyscy inni,
albo mogłem zatrzymać się i zadać sobie pytanie,
"co się właściwie dzieje?"
I wtedy przypomniałem sobie fragment, który sam napisałem do styczniowego materiału:
"Nowy rok nie oznacza nowego jazdy dnia na dzień, jest raczej kontynuacją naszego życia.
Kolejnym rozdziałem, w którym możemy wprowadzać zmiany stopniowo, po swojemu.
Myśląc o tym zdaniu, zacząłem się zastanawiać,
czy naprawdę w to wierzę, czy to tylko ładne słowa, czy coś, czym jestem gotów żyć?
Bo.. oto jestem.
W sytuacji, gdzie mój plan nie realizuje się zgodnie z harmonogramem,
gdzie teoria zderzyła się z praktyką.
Gdzie wszystko, co napisałem, musi zostać przepuszczone przez moje własne doświadczenie
i mam wybór:
mogę wejść w samokrytykę.
"Piszę o wychodzeniu z pętlinowych początków, a sam nie potrafię utrzymać regularności."
"Jestem hipokrytą, Jestem porażką."
albo
mogę zastosować to o czym pisałem.
W materiałach, które przygotowałem na styczeń
jest cały rozdział o neuropsychologii odpoczynku,
o tym, jak nasz układ nerwowy potrzebuje okresu regeneracji
o układzie przy współczulnym, który aktywuje się, gdy przestajemy pędzić i pozwalamy organizmowi wrócić do równowagi.
To nie są tylko słowa. To fizjologia.
Kiedy żyjemy w ciągłym stresie, w ciągłym pędzie,
nasz organizm funkcjonuje w trybie "walcz lub uciekaj".
Układ sympatyczny jest stale aktywowany.
Hormony stresu krążą we krwi.
Całe ciało jest w napięciu gotowe do reakcji na zagrożenie.
I możemy tak funkcjonować przez jakiś czas,
tygodnie, może miesiące,
ale w końcu przychodzi moment, gdy organizm mówi "DOŚĆ".
Badania pokazują, że chroniczny stres przyspiesza proces starzenia się na poziomie komórkowym,
uszkadza telomery (ochronne końcówki chromosomów),
obniża odporność, pogarsza funkcje poznawcze.
To nie jest kwestia słabości.
To jest kwestia biologii.
Moje ciało potrzebowało przerwy.
Mój umysł potrzebował przestrzeni na reorganizację.
Nie dlatego, że jestem słaby - dlatego, że jestem człowiekiem
i miałem wybór:
albo zignoruję te sygnały i będę na siłę pchał się w harmonogram
albo posłucham siebie i dam sobie to, czego potrzebuję,
ale tu pojawia się kluczowe pytanie, które sobie zadałem
i które zadaje też Tobie:
Jak odróżnić konstruktywny odpoczynek od prokrastynacji?
Bo to nie jest takie oczywiste.
Łatwo jest nazwać każdą zwłokę - "potrzebą regeneracji".
Łatwo jest usprawiedliwić odwlekanie mówiąc "daje sobie czas".
Łatwo jest unikać trudnych rzeczy pod płaszczykiem "słuchania siebie".
Przygotowałem więc kilka pytań kontrolnych, które można sobie zadać, żeby rozwiać te wątpliwości.
Jaki jest cel mojej przerwy?
Czy naprawdę chce się zregenerować? Czy raczej uciekam przed działaniem?
Jak się czuje podczas tej przerwy?
Czy odczuwam spokój i rozluźnienie, czy wzrasta we mnie niepokój i poczucie winy?
Czy mam zaplanowany powrót do działania?
Konkretną godzinę? Warunek, moment czy raczej mgliste: Za chwilę, później?
Jaki jest mój stan po przerwie? Czy czuje się lepiej?
Mam więcej energii, lepszy nastrój, większą klarowność?
Czy może jestem bardziej zmęczony, rozchwiany, zmartwiony uciekającym czasem?
Osobiście zadałem sobie te pytania szczerze i odpowiedź była jasna:
Potrzebuję przestrzeni.
Nie uciekam - regeneruje się.
Bo czuję spokój z tą decyzją - nie niepokój,
bo wiem, kiedy wracam - marzec,
bo po tym czasie czuję, że jestem gotowy wrócić silniejszy.
To była świadoma przerwa.
Strategiczne zatrzymanie, nie ucieczka.
Psycholog Timothy Pychyl, jeden z czołowych badaczy prokrastynacji mówi coś niesamowicie istotnego:
"Prokrastynacja to nie problem zarządzania czasem, lecz problem zarządzania emocjami."
Odkładamy rzeczy nie dlatego, że nie mamy czasu,
odkładamy je, bo wywołują w nas dyskomfort, lęk, znudzenie, frustracje
i zamiast z tym dyskomfortem zmierzyć, szukamy natychmiastowej ulgi, robiąc coś przyjemniejszego,
ale prawdziwy odpoczynek jest inny.
Nie jest ucieczką od emocji, jest świadomym wyborem regeneracji, po którym wracamy do działania.
Silniejsi, bardziej klarowni, gotowi.
Różnica jest subtelna, ale kluczowa.
I tutaj dochodzimy do schematu, który blokuje większość ludzi w procesie zmiany:
Perfekcjonizm.
Myślenie, "wszystko albo nic".
Kiedy stawiamy sobie cel, często robimy to w kategoriach zero-jedynkowych.
"Będę ćwiczyć każdego dnia."
"Przestanę jeść słodycze."
"Będę publikować co tydzień bez wyjątk."
I pierwszego dnia, gdy nie spełnimy wyśrubowanego standardu, myślimy:
"Zawiodłem, nie ma sensu dalej próbować."
" Zacznę od nowa w przyszłym tygodniu"
"albo w przyszłym miesiącu, albo w przyszłym roku."
Badania norweskich naukowców pokazują, że
podejście "wszystko albo nic" dramatycznie zwiększa ryzyko niepowodzenia
aż o 300%!
Bo wystarczy jedno drobne potknięcie i cały domek z kart się sypie.
To jest właśnie ta pętla nowych początków,
nie wytrwaliśmy w postanowieniu
obwiniamy się,
czujemy się beznadziejni, porzucamy wszystko,
po jakimś czasie próbujemy znowu,
tym razem na pewno będzie inaczej,
ale podejście jest to samo, więc kończy się tak samo
i znowu obwiniamy się i koło się zamyka.
Rozmowa z samym sobą w takich momentach brzmi mniej więcej, tak:
"Znowu ci nie wyszło, jesteś bez charakteru!"
"Inni dają radę, tylko Ty nie!"
"Może po prostu nie jesteś stworzony do zmian?"
"Może powinieneś się z tym pogodzić i przestać próbować?"
To głos wewnętrznego krytyka i jest bezlitosny.
Kiedy w styczniu i lutym nie realizowałem harmonogramu, ten głos był bardzo głośny.
"Obiecałeś regularność! Znowu nie dotrzymujesz słowa!"
"Ludzie czekają, a Ty zawodzisz! Jesteś niespójny!"
:Tyle piszesz o rozwoju, a sam nie potrafisz utrzymać prostego planu!"
I przez pewien czas go słuchałem..
Czułem presję, czułem wstyd.
Czułem, że powinienem na siłę coś zrobić, żeby naprawić sytuację.
Miałem momenty, w których
w jeden dzień chciałem wszystko naraz ponagrywać i wrzucić zaległości,
ale po kilku takich...
Zatrzymałem się i zadałem sobie pytanie,
pytanie, które zmieniło wszystko:
"Co bym powiedział sam sobie w tej sytuacji,
gdybym rozmawiał z tą wersją siebie, którą aktualnie jestem."
Co można tłumaczyć jako:
Co by powiedział mi mój najlepszy przyjaciel?"
Dobry przyjaciel nie powiedziałby:
"Jesteś do niczego. Poddaj się."
Dobry przyjaciel powiedziałby raczej:
"Hej, widzę, że masz ciężki okres."
"Wiem, że zależy ci na tym projekcie, ale widzę też, że przechodzisz przez coś wymagającego."
"Może potrzebujesz chwili, żeby wszystko poukładać."
"To normalne, weź ten czas. Wrócisz, gdy będziesz gotowy."
Empatia, zrozumienie, współczucie.
I to prowadzi nas bezpośrednio do drugiej części dzisiejszego odcinka.
Do tego, co miało być lutym,
do relacji i dobrego słowa,
ale zanim tam przejdziemy, chcę dokończyć jedną kluczową myśl o perfekcjonizmie.
Wyjście z pułapki nie polega na obniżeniu standardów.
Nie chodzi o to, żeby powiedzieć "Trudno, nieważne, odpuszczam."
Chodzi o zmianę podejścia z "wszystko albo nic" na "postęp zamiast perfekcji".
Zamiast:
"Muszę publikować co tydzień bez wyjątku, albo cały projekt nie ma sensu."
Podejście:
"Dążę do regularności, ale jeśli będę potrzebował przerwy, dam sobie ją świadomiej i wrócę silniejszy."
Zamiast:
"Muszę ćwiczyć każdego dnia albo w ogóle nie ma sensu zaczynać."
Podejście:
"Będę ćwiczył 3-4 razy w tygodniu, a jeśli któregoś tygodnia będzie mniej, to nie znaczy, że wszystko stracone."
Zamiast:
"Muszę być idealną wersją siebie od stycznia."
Podejście:
"Będę stawiał kolejne małe kroki, ucząc się na błędach, dostosowując kurs, gdy trzeba."
To nie jest obniżanie standardów.
To jest realizm.
I paradoksalnie, elastyczne podejście prowadzi do
lepszych długoterminowych rezultatów niż sztywny perfekcjonizm.
Bo ludzie z takim właśnie podejściem nie rezygnują przy pierwszym potknięciu.
Kontynuują, dostosowują się, uczą się.
Więc co zrobiłem?
Zamiast myśleć:
"Nie udało mi się zrealizować planu. Jestem porażką."
Postanowiłem dostosować plan do rzeczywistości.
Nie była to łatwa przeprawa, bo gdzieś z tyłu głowy dalej ciążyła mi myśl o tym, że zawalam,
ale nie poddałem się jej i przekłułem w proces.
Proces, w którym generalne pytanie nie brzmiało "jak dowieść projekt", tylko:
"jak do siebie mówić w tym czasie?"
Bo to właśnie ten wewnętrzny dialog,
ten język, którego używamy w stosunku do siebie, decyduje o tym,
czy wyjdziemy z pętli nowych początków, czy utoniemy w niej jeszcze głębiej.
I to prowadzi nas do drugiego tematu już ściślej,
czyli prosto do relacji i dobrego słowa,
ale tym razem, zaczynając od najważniejszej relacji - relacji z samym sobą.
Zastanów się przez chwilę:
"Jak mówisz do siebie, gdy coś ci nie wyjdzie?"
gdy spóźnisz się do pracy,
gdy zapomnisz o ważnym spotkaniu,
gdy obiecałeś sobie coś zrobić i nie zrobiłeś,
gdy znowu nie dotrzymałeś postanowienia.
Jakich słów używasz?
Dla większości z nas ten wewnętrzny dialog brzmi mniej więcej tak:
"Znowu! Jesteś beznadziejny. Dlaczego zawsze to robisz?"
"Inni dają rady, tylko ty nie. Co jest z tobą nie tak?"
"Może nigdy się nie zmienisz? Może to jest twój sufit?"
Brutalne - prawda?
A teraz zastanów się,
czy powiedziałbyś takie rzeczy swojemu najlepszemu przyjacielowi?
Dziecku?
Osobie, na której Ci zależy?
Nigdy.
Powiedziałbyś raczej coś w stylu:
"Widzę, że było ciężko, każdy ma gorsze chwile, ważne, że próbujesz"
"następnym razem pójdzie lepiej."
Czemu więc do siebie mówimy inaczej?
W psychologii jest taki koncept:
samokrytyka vs samowspółczucie.
Samokrytyka to wewnętrzny głos, który nas atakuje, obwinia, karci.
Ten głos mówi:
"Nie jesteś wystarczająco dobry, musisz się bardziej starać. Musisz być lepszy."
I przez lata psychologia promowała ten głos jako "motywator".
Myśleliśmy:
"Jeśli będę surowy wobec siebie, zmotywuje mnie to do działania,"
"jeśli będę pobłażliwy osiądę na laurach."
Ale badania pokazują coś przeciwnego.
Dr Kristin Neff (czołowa badaczka samowspółczucia),
udowodniła, że osoby praktykujące samowspółczucie
osiągają równie wysokie (albo wyższe) cele co perfekcjoniści,
ale doświadczają przy tym znacznie mniejszego stresu, lęku i wypalenia.
Dlaczego?
Bo samowspółczucie nie oznacza pobłażania sobie,
oznacza traktowanie siebie z taką samą życzliwością, z jaką traktowali byśmy dobrego przyjaciela.
Gdy dobry przyjaciel popełnia błąd, nie mówimy mu "jesteś beznadziejny".
Mówimy "hej. każdy czasem się pomyli, czego możesz się z tego nauczyć, jak możemy to naprawić?"
To konstruktywne, wspierające to buduje odporność.
Samokrytyka natomiast aktywuje w mózgu układ zagrożenia
dosłownie te same obszary, które reagują na zewnętrzne ataki aktywują się, gdy sami siebie atakujemy,
ciało reaguje stresem, hormony stresu, wzrastają, uruchamiają się mechanizmy obronne
w efekcie czujemy się gorzej, jesteśmy bardziej spięci, trudniej nam działać.
Samowspółczucie natomiast aktywuje układ uspokojenia.
Tę samą część układu nerwowego, która reaguje na opiekę, wsparcie, bezpieczeństwo.
Czujemy się bezpieczni, spokojniejsi, bardziej zdolni do konstruktywnego działania.
To nie jest teoria, to neurobiologia.
I doświadczyłem tego na własnej skórze.
W styczniu i w lutym, kiedy słuchałem głosu samokrytyki,
"znowu ci nie wyszło, zawiodłeś ludzi, jesteś niespójny."
czułem się coraz gorzej, napięcie rosło, energia spadała.
Paradoksalnie im bardziej się biczowałem, tym trudniej było mi działać,
kiedy przełączałem się na samo współczucie,
"przechodzisz przez trudny okres, potrzebujesz czasu, to jest w porządku."
Poczułem ulgę. Przestrzeń, możliwość oddechu
i właśnie z tej przestrzeni mogłem zacząć działać konstruktywnie.
Nie z miejsca paniki, wstydu, ale z miejsca spokoju i jasności.
Choć brzmi to paradoksalnie, bo raczej ludzie mają przed oczami to,
że surowe "weź się w garść" zmotywuje bardziej niż łagodne "To jest trudne, ale poradzisz sobie."
Ale to tak nie działa, bo surowa krytyka nie daje energii do działania, lecz daje lęk przed porażką.
Samowspółczucie daje bezpieczeństwo,
nawet jeśli znowu będzie trudno, poradzę sobie, jestem w porządku, mogę próbować."
I to prowadzi nas do kolejnego, bardzo ważnego faktu.
Nie możemy budować zdrowych relacji z innymi, jeśli relacje ze sobą mamy toksyczną.
Wyobraź sobie, że masz w sobie puchar.
Ten puchar reprezentuje Twoją emocjonalną rezerwę,
zdolność do dawania wsparcia, empatii, cierpliwości, miłości.
Gdy ten puchar jest pusty, bo wciąż wylewamy z niego wszystko dla innych, nie napełniając go,
w końcu nie mamy już nic do dania,
ale jest coś jeszcze gorszego,
gdy ten puchar jest napełniony trucizną,
samokrytyką, wstydem, poczuciem nieadekwatności,
to właśnie to wylewamy na innych, nawet jeśli nie chcemy.
Jeśli krytykujemy samych siebie za każdą niedoskonałość,
prawdopodobnie będziemy krytyczni wobec innych,
jeśli nie wybaczamy w sobie błędów, będzie nam trudno wybaczyć innym,
jeśli uważamy, że musimy być idealni, będziemy nieświadomie wymagać tego od bliskich.
Nie da się dać komuś czegoś, czego sami sobie odmawiamy.
To brzmi jak truizm, ale zobacz jak to działa w praktyce.
Wyobraź sobie partnerkę, która ma w sobie głęboko zakorzenione przekonanie
"nie jest tym wystarczająco dobra."
Nieważne ile osiągnie, zawsze czuje, że mogłaby więcej, zawsze jest dla siebie surowa.
Co się dzieje w jej związku?
Prawdopodobnie będzie miała problem z przyjmowaniem komplementów.
Gdy partner powie "jesteś wspaniała",
ona pomyśli "gdyby naprawdę mnie znał, wiedziałby, że nie jestem".
Prawdopodobnie będzie nadmiernie wrażliwa na krytykę,
bo każda uwaga potwierdza, jest wewnętrzne przekonanie o nieadekwatności
prawdopodobnie będzie perfekcjonisty zaczna wobec partnera,
bo jeśli ona musi być idealna, on też powinien.
Relacja w takim przypadku staje się polem minowym.
Nie dlatego, że któraś ze stron jest zła,
lecz dlatego, że wewnętrzne rany jednej osoby zatruwają dynamikę całości.
Podobnie wyobraź sobie człowieka, który nosi w sobie przekonanie:
"Moja wartość zależy od moich osiągnięć. Nie Jestem produktywny - jestem bezwartościowy."
Co się dzieje, gdy taka osoba ma dziecko?
Może nieświadomie przekazywać mu tę samą presję.
"Musisz dobrze się uczyć, musisz wygrywać, musisz osiągać."
Nie dlatego, że nie kocha swojego dziecka, lecz dlatego, że to jedyny język wartości jaki zna.
Mam na myśli prosty przekaz:
Relacja ze sobą jest prototypem wszystkich innych relacji.
To pierwszy szablon, pierwsza matryca.
Jeśli jest ona oparta na krytyce, perfekcjonizmie, braku akceptacji, będziemy to replikować w innych relacjach.
Jeśli jednak jest ona oparta na współczuciu, akceptacji, życzliwości, to właśnie to będziemy dawać innym.
Nie możemy eksportować czegoś, czego nie mamy w magazynie.
I dlatego lutowy temat "relacje i dobre słowo" musi zaczynać się od nas samych.
Zanim nauczymy się mówić z empatią do innych,
musimy nauczyć się mówić z empatią do siebie.
Zanim nauczymy się słuchać innych, bez osądzania,
musimy nauczyć się słuchać swojego wnętrza bez samopotępienia.
Zanim nauczymy się dawać wsparcie innym w trudnych momentach,
musimy nauczyć się wspierać samych siebie.
To nie jest egoizm, to jest fundament,
bo tylko z pełnego pucharu możemy naprawdę dzielić się z innymi.
Tylko z miejsca wewnętrznego spokoju możemy tworzyć zdrowe relacje.
I to prowadzi nas do czegoś bardzo konkretnego, bardzo praktycznego:
Jak komunikujemy trudności?
Jak mówimy o tym, co nam nie wyszło, że się potknęliśmy, że potrzebujemy pomocy?
Większość z nas nauczyła się ukrywać słabość.
Pokazywać tylko sukcesy, utrzymywać fasadę "wszystko mam pod kontrolą".
W mediach społecznościowych widzimy starannie wyselekcjonowane fragmenty życia innych ludzi.
Zwycięstwa, osiągnięcia, idealne momenty.
Nie widzimy walki, wątpliwości, porażek czy łez.
I zaczynamy wierzyć, że jesteśmy jedyni, którzy się męczą
jedyni, którym nie wychodzi
jedyni, którzy są niedoskonali.
To jad dla zdrowia psychicznego.
Kiedy ukrywamy nasze trudności, tworzymy sztuczną przepaść między sobą a innymi.
Oni widzą naszą maskę,
tę wystudiowane są wersję, która ma wszystko poukładane i
my widzimy ich maski
i wszyscy czujemy się samotni,
bo żadna z tych masek nie jest prawdziwa,
ale gdy ktoś ma odwagę powiedzieć,
"słuchajcie, mam teraz ciężko borykam się z tymi z tym. Potrzebuję wsparcia."
Dzieje się magia.
Inne maski zaczynają opadać.
"Ja też przez to przechodziłem,"
"Też się z tym męczę."
"Myślałem, że tylko ja."
Autentyczność jest zaraźliwa (w dobrym tego słowa znaczeniu.)
Moja decyzja o transparentności w tym odcinku
o powiedzeniu wprost, że styczeń luty nie poszły zgodnie z planem,
zamiast udawać, że wszystko jest idealne,
jest właśnie takim aktem autentyczności.
Mógłbym nagrać ten odcinek, udając, że wszystko szło gładko.
Mógłbym nie wspominać o trudnościach.
Mógłbym pokazać tylko efekt, nie proces.
Ale to byłoby nieszczere i co ważniejsze byłoby bezwartościowe,
bo nikomu nie pomaga idealny końcowy obraz, ale może pomóc prawda o procesie.
Nikt nie potrzebuje kolejnego perfekcyjnego guru, który ma wszystko poukładane,
a brakuje w dzisiejszym świecie kogoś, kto pokazuje, jak to wygląda naprawdę.
Z upadkami, z dostosowywaniem kursu,. z uczeniem się na żywo
Jest taki ładny termin jak "wrażliwość".
Podatność na zranienie, ale też odwaga bycia autentycznym.
Brennan Brown, badaczka tego zjawiska mówi coś pięknego:
"Podatność na zranienie to nie słabość, to nasza najdokładniejsza miara odwagi."
Pokazanie tego, że nie jesteśmy idealni, wymaga odwagi, bo otwiera nas na osąd na krytykę i na odrzucenie,
ale też otwiera nas na prawdziwe połączenie, bo
ludzie nie łączą się z perfekcją, łączą się z człowieczeństwem.
Niedoścignione ideały nie są inspiracją.
Inspiracją są osoby, które mierzą się z tymi samymi trudnościami,
nie poddają się, próbują.
Kiedy mówię Ci:
"miałem plan nie poszedł zgodnie z harmonogramem, musiałem dostosować kurs."
Co się właściwie dzieje?
Pokazuje, że to normalne, każdy przez to przechodzi.
Jeśli jesteś w podobnym punkcie w swoim życiu, to wiedz, że nie jesteś sam.
Dotyka tu wszystkich bez wyjątku.
Niezależnie od tego, czy jest to zwykła osoba, która po prostu sobie żyje,
Czy gwiazda z telewizji lub internetu,
czy tak jak w tym wypadku ktoś, kto publikuje materiały o rozwoju.
Każdy się potyka, musi dostosowywać
każdy z nas jest po prostu człowiekiem w cyklu życia,
A życie?
Nigdy nie da się perfekcyjnie zaplanować.
Zawsze będzie nieprzewidywalne.
Jednocześnie życie to przestrzeń, w której można być autentycznym,
niedoskonałym, uczącym się
i właśnie taka przestrzeń jest najcenniejsza w relacjach.
Przestrzeń, gdzie nie musimy udawać,
gdzie możemy powiedzieć:
"Nie wiem."
Gdzie możemy poprosić o pomoc,
gdzie możemy pokazać, że jest nam ciężko.
Taką przestrzeń tworzymy najpierw w sobie,
gdy pozwalamy sobie na niedoskonałość,
gdy mówimy do siebie ze współczuciem, zamiast krytyką,
a potem eksportujemy ją na zewnątrz,
w relacje z innymi.
Stajemy się osobami, przy których inni mogą czuć się bezpiecznie, będąc autentycznymi.
Bo sami to modelujemy.
Czasem największa zmiana to jedno prawdziwe zdanie wypowiedziane z serca,
nie efektowna przemiana, nie spektakularne osiągnięcie,
nie idealna wersja siebie - jedno szczere zdanie:
"Mam trudno."
"Potrzebuję pomocy."
"Nie wiem co dalej."
Takie zdania budują mosty między nami, a innymi,
między nami a samymi sobą.
I to właśnie prowadzi nas do syntezy dzisiejszego odcinka
do miejsca, gdzie moje projektowe styczeń i luty się spotykają.
Wróćmy na chwilę do początku: do pętli nowych restartów.
Dlaczego tkwimy w tej pętli?
Mechanizm wygląda tak:
stawiamy sobie cel, często zbyt ambitny,
próbujemy, ale się potykamy.
Reagujemy samokrytyką typu "znowu zawiodłem, Jestem beznadziejny."
Samokrytyka nas osłabia, więc porzucamy cel
po jakimś czasie znowu próbujemy
z tym samym podejściem i znowu kończy się tak samo.
To błędne koło.
Ale co je napędza?
Nie brak dyscypliny, ani słabość charakteru.
Napędza je samokrytyka.
To właśnie ten głos, który mówi
"Znowu Ci nie wyszło. Jesteś do niczego."
zabija naszą motywację do kontynuowania.
Badania dr Kristin Neff wskazują coś ważnego,
osoby praktykujące samo współczucie mają równie wysokie standardy, jak perfekcjoniści.
Ale gdy ich nie osiągną, nie załamują się psychicznie,
zamiast całkowicie porzucić cel, dostosowują strategię.
Zamiast wejść w spiralę wstydu, wyciągają konstruktywne wnioski
i w efekcie są bardziej wytrwali.
Oczywiście czasem też rezygnują, ale
sumarycznie częściej osiągają długoterminowy sukces.
To udowodniony mechanizm, w którym
jasno widać, że samo współczucie nie odbiera nam motywacji,
lecz daje nam bezpieczeństwo do dalszego próbowania.
Samokrytyka natomiast paraliżuje,
więc paradoksalnie im bardziej jesteśmy dla siebie surowi,
tym mniej efektywni jesteśmy w długim terminie,
a im bardziej jesteśmy dla siebie wyrozumiali,
tym więcej osiągamy.
To brzmi sprzecznie z intuicją, ale neurobiologia to potwierdza.
Więc jak wygląda praktyczne zastosowanie?
Weźmy konkretny przykład - mój.
Mam plan "publikować regularnie co miesiąc"
"styczeń luty, marzec odcinki zgodnie z harmonogramem"
Życie się komplikuje.
Potrzebuję więcej czasu na reorganizację.
Do wyboru są 2 podejścia.
Podejście samokrytyczne:
"Znowu nie dotrzymałeś słowa,"
"obiecałeś regularność, a już w pierwszych 2 miesiącach zawiodłeś."
"Ludzie na ciebie liczyli. Jesteś niespójny."
"Tyle piszesz o rozwoju, a sam nie potrafisz utrzymać prostego harmonogramu."
"To żenujące."
I podejście samowspółczujące:
"Sytuacja jest trudna,"
"przechodzisz przez duże zmiany życiowe,"
"potrzebujesz czasu na reorganizację."
"To ludzkie. Każdy czasem musi dostosować plan do rzeczywistości."
"Możesz być transparentny z ludźmi, o sytuacji"
"wrócisz, gdy będziesz gotowy,"
"to nie porażka, to mądrość."
Pierwsze podejście prowadzi do narastającego stresu,
spadku energii, poczucia wstydu,
ewentualnie całkowitej rezygnacji z projektu.
Bo "skoro i tak jest z tym porażką, to po co próbować?"
Drugie podejście zaś prowadzi do spokoju wewnętrznego,
konstruktywnego myślenia.
Czyli "jak mogę to lepiej zorganizować?"
Autentycznej komunikacji,
powrotu do działania z większą mądrością.
Które podejście ma szanse na długoterminowy sukces?
Oczywiste.
I to jest właśnie brakujące łącze w wychodzeniu z pętli nowych początków.
Nie brakuje nam planów.
Nie brakuje nam wiedzy, jak się zmieniać.
Brakuje nam życzliwości wobec siebie w procesie zmiany.
Bez samowspółczucia każde potknięcie staje się dowodem naszej. nieadekwatności.
i potwierdzeniem, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy,
powodem do rezygnacji.
Z samowspółczuciem każde potknięcie staje się lekcją,
czyli częścią procesu, czymś normalnym.
Na drodze do każdej zmiany to fundamentalna różnica.
Zanim zaczniemy zmieniać zewnętrzne aspekty życia,
nawyki, relacje, kariery,
musimy zmienić relacje ze sobą.
Bo wszystkie inne zmiany będziemy budować na tym właśnie fundamencie,
jeśli jest on oparty na krytyce i wstydzie?
Każda konstrukcja będzie krucha i przy pierwszym wstrząsie się zawali.
Jeśli jest oparty na akceptacji i współczuciu?
Możemy budować coś trwałego.
Mówiąc bardziej obrazowo:
nie da się zbudować zdrowego związku, jeśli relacja ze sobą jest toksyczna,
będziemy albo przyciągać osoby toksyczne, bo to wydaje się nam normalne,
albo sabotować zdrowe relacje, bo w głębi nie czujemy, że na nie nie zasługujemy.
Nie da się osiągnąć trwałej zmiany nawyków, jeśli każde potknięcie traktujemy jako katastrofę,
bo w takim wypadku będziemy wszystko porzucać przy pierwszym kryzysie.
Nie da się rozwijać kariery, jeśli sukces definiujemy perfekcjonistycznie,
bo będziemy albo unikać wyzwań, bo boimy się porażki,
albo wypalać się w pogoni za niemożliwym ideałem.
Wszystko to zaczyna się od relacji ze sobą.
Nie da się mówić o początku i odbudowie,
bez mówienia o tym, jak rozmawiamy ze sobą w tym procesie
nie da się mówić o relacjach i dobrym słowie,
bez zaczynania fill od relacji ze sobą.
Te tematy nie są oddzielne. to 2 aspekty tej samej rzeczywistości.
Jeśli miałbym wskazać jeden, najważniejszy nowy początek, który możesz zrobić.
Nie byłby to nowy plan treningowy, dieta czy lista postanowień,
lecz byłby to "nowy sposób mówienia do siebie".
Zmiana języka wewnętrznego z krytyki na współczucie.
To brzmi prosto, ale to najtrudniejsza zmiana,
bo wymaga świadomości i zauważenia tego głosu wewnętrznego krytyka,
rozpoznanie go i świadomego wyboru innego języka
wymaga praktyki, codziennego wysiłku,
bo lata samokrytyki nie znikną z dnia na dzień.
Ale to najważniejsza praca, jaką możesz wykonać,
bo zmienia wszystko inne.
Jest jeszcze jeden aspekt, który łączy oba tematy.
Zarówno w procesie zmiany, jak i w budowaniu relacji
niezmiernie ważna jest autentyczna komunikacja o trudnościach.
Nie możemy się zmienić w ukryciu przed sobą,
jeśli nie jesteśmy szczerzy sami ze sobą o tym, gdzie jesteśmy i czego potrzebujemy.
Nie mamy punktu wyjścia.
Nie możemy budować głębokich relacji, ukrywając nasze trudności,
bo jeśli pokazujemy tylko fasadę, nie tworzymy prawdziwego połączenia.
W obu przypadkach potrzebujemy odwagi bycia autentycznym.
W procesie zmiany oznacza to szersze spojrzenie na to, gdzie jesteśmy
bez upiększania, ale też bez demonizowania.
Przyznanie się do trudności, że "coś jest dla mnie ciężkie",
nazwanie emocji, czyli "czuję się przytłoczony"
poproszenie o pomoc, gdy potrzeba.
W budowaniu relacji oznacza to pokazanie nie tylko sukcesów, ale i walki.
Mówienie o wątpliwościach i lękach,
dzielenie się tym, co trudne
tworzenie przestrzeni, gdzie inni też mogą być autentyczni.
I znowu:
nie da się tego robić wobec innych, jeśli nie robimy tego wobec siebie.
Relacja ze sobą modeluje wszystkie inne relacje.
To nie jest metafora, to mechanizm.
To wszystko prowadzi nas do marcowego tematu,
"wrażliwość i świadomość",
ale zanim tam dojdziemy, te 2 miesiące
"Styczeń, luty,"
"początek i odbudowa,"
"relacje i dobre słowo"
były koniecznym fundamentem.
Nie mogłem zacząć mówić o wrażliwości
bez przejścia. najpierw przez proces bycia wrażliwym dla siebie,
czyli na swoje potrzeby i swoje granice.
Nie mogłem zacząć mówić o świadomości
bez stania się najpierw świadomym własnego procesu,
własnych schematów i własnych wzorców.
Te 2 miesiące były moją praktyką.
Praktyką teorii, którą już znałem, ale która musiała przejść przez życie.
Wrażliwość, to umiejętność czucia siebie innych świata,
ale nie da się być wrażliwym na innych,
jeśli najpierw nie jesteśmy wrażliwi na siebie,
jeśli ignorujemy własne sygnały,
własne potrzeby, własne granice.
Świadomość to umiejętność widzenia, rozumienia i bycia obecnym.
Ale nie da się być świadomym zewnętrznego świata,
jeśli najpierw nie jesteśmy świadomi świata wewnętrznego,
własnych myśli, emocji, reakcji.
Styczeń i luty były więc szkołą wrażliwości, świadomości,
praktyczną życiową szkołą.
Nauczyłem się być wrażliwy na to, że potrzebuje przestrzeni
oraz przestać ignorować sygnały zmęczenia.
Nauczyłem się być świadomy własnych schematów
głosu krytyka, pokusy perfekcjonizmu, presji społecznej.
I właśnie ta praktyka daje mi fundament, żeby
w marcu mówić o tym temacie nie jako teoretyk,
ale jako ktoś, kto przez to przeszedł.
Nie mogłem zacząć marca bez tego przejścia.
To nie była porażka harmonogramu, lecz konieczne doświadczenie.
Życie nie jest liniowe, rozwój nie jest liniowy.
Plany są ważne, ale elastyczność też
i właśnie ta elastyczność, ta umiejętność dostosowywania się do rzeczywistości
przy jednoczesnym trzymaniu kursu to klucz.
Nie sztywność, a elastyczność.
Nie perfekcja, a autentyczność.
Nie fasada, a prawda.
Więc oto jesteśmy - marzec.
Od tego momentu Element Guru wraca do regularnego harmonogramu,
ale z większą mądrością niż miałem na początku roku.
Plan jest ważny, ale życie jest ważniejsze.
Regularność jest cenna, ale autentyczność jest fundamentalna.
Będę dążył do publikowania zgodnie z planem, ale
jeśli będzie potrzeba przestrzeni, dam sobie ją świadomie.
Nie zawsze wszystko pójdzie gładko,
ale będę transparentny co do procesów.
Nie będzie idealnej wersji mnie, ale będzie autentyczna
z procesem trudnościami, uczeniem się na żywo,
bo tylko taka wersja ma wartość.
Tylko taka wersja może naprawdę komuś pomóc.
Marcowy temat: "wrażliwość i świadomość".
Będziemy mówić o tym, jak rozwijać wrażliwość na siebie i świat wokół,
jak być świadomym własnych procesów,
jak zauważać sygnały, zanim staną się kryzysami,
ale będziemy mówić o tym przez pryzmat doświadczenia,
nie tylko teorii, bo
teoria bez praktyki jest pusta,
a praktyka bez teorii jest ślepa.
Element Guru będzie mostem między tymi dwoma światami.
Taki mam plan i zapraszam teraz na wspólną podróż.
Od marca prawdopodobnie regularnie
z większą autentycznością i głębszym zrozumieniem.
Będziemy się razem uczyć, razem rosnąć,
razem przechodzić przez tematy,
bo to właśnie jest Element Guru,
nie wykład, lecz dialog
nie transmisja mądrości z góry, lecz wspólne odkrywanie jej
nie guru na piedestale, a człowiek uczący się w trakcie drogi.
Pomyśl przez chwilę o ironii tego odcinka.
Odcinek o wychodzeniu z pętli nowych początków sam był nowym początkiem.
Odcinek o autentyczności wymagał autentycznego przyznania się do trudności.
Odcinek łączący początek i odbudowę z relacjami i dobrym słowem,
sam był praktycznym przykładem obu tematów.
To nie był błąd, to była lekcja.
Czasami życie samo staje się najlepszym nauczycielem tematów których zamierzaliśmy nauczać.
Czasami to, co wydaje się porażką planu
jest właśnie tym, czego potrzebujemy do zrozumienia tematu głębiej.
Czasami teoria musi spotkać praktykę, żeby stać się czymś wartościowym.
I to właśnie się wydarzyło.
Ten początek był inny niż poprzednie.
Nie był oparty naentuzjastycznym zapale,
lecz na świadomości autentyczności i samowspółczuciu.
Był oparty na akceptacji, że życie jest nieprzewidywalne,
plany będą wymagać dostosowania,
a proces jest ważniejszy niż perfekcja.
Mam na koniec cytat zamykający odcinek.
Ten sam, który miał zamykać styczniowy materiał.
"Nie wszystko musi być nowe, wystarczy, że będzie prawdziwe."
To jest odcinek o nowym
to odcinek, o prawdziwym
to nie jest reset, to ewolucja.
W ciągu marca wracam z wrażliwością i świadomością,
a teraz
bądź dobry dla siebie
mów do siebie językiem współczucia, nie krytyki
i pamiętaj,
nie musisz być idealny,
wystarczy, że będziesz prawdziwy.
Powodzenia.